Był sobie stół. Stał w babcinej kuchni, przeżył kilka przeprowadzek, aż wreszcie cudem uniknął ostatniej wycieczki na wysypisko, lądując gdzieś w czeluściach piwnicy.
Długo kiełkował w mojej głowie pomysł o jego adopcji. Gdy już wreszcie przekonałam samą siebie, musiałam jeszcze pokonać opór i sceptycyzm otoczenia:) Wreszcie jednak udało mi się wyjechać na urlop w towarzystwie dodatkowego pasażera.
W wyniku oględzin stwierdzono, co następuje:
pokrycie - farba olejna
szufada - dno powyginane i poplamione, brzydki uchwyt
blat - płyta pilśniowa nabita na wypełniony kartonem stelaż z listewek
Plan prac obejmował:
wymianę: blatu, dna szuflady, uchwytu
opalanie i szlifowanie nóg
malowanie na biało farbą akrylową
Blat - zamówiłam u stolarza. Surowa, klejona sosna z klasycznym frezem.
Na dno szuflady wykorzystałam płytę laminowaną która została mi niepotrzebna po szafkach kuchennych. Jednak takie płyty można z łatwością kupić w markecie budowlanym, u nas nawet docinają na wymiar, a kosztują kilka złotych.
Uchwyt wyszperałam na allegro. Urocza sówka niestety szybko uległa uszkodzeniu - to zaledwie nadruk na folii termokurczliwej, trzeba się z nią obchodzić ostrożnie.
Malowanie wymagało sporo cierpliwości. Nie od razu byłam zadowolona z efektu. Wielokrotnie zeszlifowywałam fragmenty nawet do samego drewna, by za chwilę malować od nowa. Warto było jednak się pomęczyć.
Na pierwszą warstwę zamiast gruntowania zastosowałam tą samą białą farbę, ale rozcieńczoną w proporcji 1:1. Potem malowałam cienkimi wartwami aż do uzyskania pełnego krycia słojów. Każdą wartwę po wyschnięciu wygładzałam delikatnie papierem ściernym 200.
Stół pełni obecnie funkcję stacji do przewijania. Sam przewijak to także dzieło naszych rąk:)
Odrobina wyobraźni i chęci i prosze bardzo; jaki piękny efekt! Cierpliwości zazdroszczę. Warto ratować meble. Często otoczenie puka się w czoło ale potem zaskoczone to samo czoło pochyla w uznaniu :)
OdpowiedzUsuńMam możliwości strychowe więc zbieram stołki, taboreciki, szafeczki. Czekają na swoją kolej do remontu (jak u pana Kleksa; szpital dla mebli). Widzę ich potencjał. No i jakoś mi ich szkoda... ;)
To jest właśnie to - widzieć potencjał, jak coś będize wyglądało, a nie jak wygląda. Tak samo było z naszym mieszkaniem, którego dłuuugo nikt nie chciał, a my od progu już byliśmy zdecydowani na kupno:) Fajnie, że możesz sobie pozwolić na zbieranie "gracików", ja już chyba wykorzystałam możliwości metrażowe naszego m:)
OdpowiedzUsuńI pomyśleć, że mogłoby go nie być, takiego cudnego, białego, gdyby nie trafił w Twoje ręce :-)))
OdpowiedzUsuńJest super !
pozdrawiam,
kasia
dzięki! Satysfakcja z obserwowania jak sceptycyzm najbliższych przeradza się w fascynację, "że to taki fajny mebel";) - bezcenna!
UsuńZnam to z autopsji :-) dlatego uodporniłam się na krytykę z pierwszej linii, druga już odbiega diametralnie od pierwszej, jak u Ciebie :-))
OdpowiedzUsuńnooo :) super :) jestem zwolenniczką takich właśnie adopcji :)
OdpowiedzUsuń